powrót do strony głównej

   
HISTORIA
 

Rys historyczny

  

Wielkie Księstwo Poznańskie

  

Powstanie wielkopolskie

  

Powszechna Wystawa Krajowa

 


Poznański Czerwiec

 
-

przyczyny

-

przebieg

-

ofiary

-

procesy uczestników

-

epilog

-

galeria

-

poezja nt. Czerwca

-

Czerwiec w mediach

   

 

Poezja zainspirowana bądź nawiązująca do Powstania Poznańskiego Czerwca 1956
 

Kazimiera Iłłakowiczówna
„Rozstrzelano moje serce”

Chciałam o kulturze napisać
naprawdę inteligentnie,
lecz zaczęły kule świstać
i szyby dygotać i pękać.
„Pochyliłam się” – jak każe przepis
- nad dziejami dwudziestolecia,
ale z pióra kleks czerwony zleciał
i kartki ktoś krwią pozlepiał.

Rym się na gromadę zwlókł;
jest go dosyć… Tyle pokoleń…
Lecz zbryzgano mózgiem bruk
i bruk się wzdyma powoli.
Myśleć zaczął, choć ledwo się dźwiga
i do zapytań ośmiela – 
- „Czemu zawsze rządzi inteligent,
a do robotników się strzela?”

Niemy dotąd warknął koci łeb,
splunęła granitowa kostka:
„Znowuśmy się dali wziąć na lep,
położono nas – jak zawsze – mostem”.
A ja na tym moście jak kiep
do essayu oczy przysłaniam,
krew nie płynie już, już tylko skrzep…
Rozstrzelano moje serce w Poznaniu.

O kulturze… Próba wzniosłych syntez,
artystycznych intuicji zgranie…
Ja nie mogę… Ani kwarty, ani kwinty.
Rozstrzelano moje serce w Poznaniu.
Ni gorące ono ni zimne.
Szkoda kul. Szkoda leków na nie.
Moje serce – wszak to tylko rymy…
Rozstrzelano moje serce w Poznaniu.
 
4 lipca 1956    

Adam Ważyk
„Krwawy Czerwiec 1956”

Zawieście sumienia w szatni
oprzyjcie się ramieniem o powietrze
zapadajcie w ruiny marzeń

dyskutujcie
Staruszka niesie pod chustką dwa chleby
przebite kulami
radio nadaje pęczek dźwięków
sygnał geodezyjny
którego nikt nie rozumie
Tak być powinno
słowa się już nie liczą
tyle ich poległo
czerwiec się kończy
jak ten wiersz
milczeniem
 
lipiec 1956

 

 
 
  

Zbigniew Herbert
„Ze szczytu schodów”

Oczywiście
ci którzy stoją na szczycie schodów
oni wiedzą
oni wiedzą wszystko

co innego my
sprzątacze placów
zakładnicy lepszej przyszłości
którym ci ze szczytu schodów
ukazują się rzadko
zawsze palcem na ustach

jesteśmy cierpliwi 
żony nasze cerują niedzielną koszulę
rozmawiamy o racjach żywności
o piłce nożnej cenie butów
a w sobotę przechylamy głowę w tył
i pijemy

nie jesteśmy z tych
co zaciskają pięści
potrząsają łańcuchami
mówią i pytają
namawiają do buntu
rozgorączkowani
wciąż mówią i pytają

oto ich bajka – 
rzucimy się na schody
i zdobędziemy je szturmem
będą się toczyć po schodach
głowy tych którzy stali na szczycie
i wreszcie zobaczymy
co widać z tych wysokości
jaką przyszłość
jaką pustkę

nie pragniemy widoku
toczących się głów
wiemy jak łatwo odrastają głowy
i zawsze na szczycie zostaje
jeden albo trzech
a na dole aż czarno od mioteł i łopat

czasem nam się marzy
że ci ze szczytu schodów
Zejda nisko
to znaczy do nas
gdy nad gazetą żujemy chleb
i rzekną

- a teraz pomówmy
jak człowiek z człowiekiem
to nie jest prawda co wykrzykują afisze
prawdę nosimy w zaciśniętych ustach
okrutna jest i nazbyt ciężka
więc dźwigamy ją sami
nie jesteśmy szczęśliwi
chętnie zostawilibyśmy ją 
tutaj

to są oczywiście marzenia
mogą się spełnić
albo nie spełnić
więc dalej
będziemy uprawiali
nasz kwadrat ziemi
nasz kwadrat kamienia

z lekką głową
papierosem za uchem
i bez kropli nadziei w sercu
 
październik 1956

Franciszek Fenikowski
„Czarny czwartek”
(fragmenty)

I.
Zanim jeden punkt czarny, mały
krwawą plamą się rozlał na mapach, 
wstawał dzień i lipy szalały,
rósł, mdlił, dławił słodki ich zapach;
student zgięty ponad historią
rzucił książkę i w oknie stanął…
Duszno.
Duszno jak w prosektorium
w to czerwcowe, czwartkowe rano.
(…)

IV.
Śpiew, śpiew słychać. Zbliża się pochód,
a na czele zły dobosz – głód
i lip zapach, i zapach prochu,
i huk, łomot werblowych nut.
Ida dzieci i robotnice,
ludzie z przedmieść, z fabrycznych hal,
idą miastem w martwe ulice…
Głód ma oczy zimne jak stal,
głód ma pałki w dłoniach kościstych,
pałki w bęben werblami grzmią…

- Stój – przecięły werbel kul świsty.
- Stój – bruk spływa czerwoną krwią.
Lecą kule, lecą skrzydlate,
każda – mały z mosiądzu sęp,
ponad tłumem prącym w zatratę
transparentu chwieje się strzęp,
kule szarpią go, krew go plami,
w niebo rwie go wichrowy zryw,
nad dachami, nad kominami
leci w dymach jak widmo krzywd.

V.
W mrocznych bramach chichoczą biesy,
miasto drży pod stalowym gradem,
w limuzynach jadą frazesy
limfatyczne, nadęte, blade,
trzęsie w trwodze się stu lokai
na poduszkach miękkich limuzyn,
lęk się w oczach wodnistych czai,
w górze słychać szum skrzydeł Muzy,
muzy Klio, co z żagwią w dłoni
ponad miastem dymiącym płynie.
Frazes w strachu zębami dzwoni,
frazes trzęsie się w limuzynie,
frazes pierzcha poza rogatki
rozdzierając przestrzeń klaksonem,
a na bruku klęczy cień matki
u zwłok chłopca w kurtce skrwawionej.
(…)

VIII.
Świecą z murów kul białe rozpryski
- gwiazdy mściwych, sczerniałych nieb.

Nie wrócili do domów, do bliskich
ci, co wyszli, by wołać o chleb.
Czołgi stoją na rogach ulic.
Rzucił bęben zły dobosz – głód.
Nie wrócili, polegli od kuli
ci, co strzelać nie chcieli w lud.
Podniesiono z barykad tramwaje,
oczy mrocznych oślepłych luf…

Noc nad miastem zdyszanym wstaje
i jak krzywy nóż wznosi nów.

IX.
A Historia? Czy dzień zapamięta?
Jakiż wyrok o nim da? Co dalej?

Patrz: w piekarni stara ekspedientka
przekrojony chleb kładzie na szali.
Klio z twarzą bezkrwistą, schyloną
ponad wagą, ma usta zaciśnięte,
ale czarne źrenice jej płoną,
gdy karetka jęknie za zakrętem.
 
lipiec 1956

 
 

Stanisław Barańczak
„Historia”

Dziesięcioletni, wybiega na zapuchniętą od snu ulicę.
Słońce czerwca zgrzyta pod stopą, odbite w rozsypanym szkle.

Zamknięty kiosk jak latawiec ciągnie za sobą wstęgę
kolejki. Ludzie milczą, z rzadka podnosząc oczy.

Normalnie o tej porze gazety zawsze już były.
Moneta poci się w garści. Gdy wraca pędem do domu,

dwaj mundurowi przy słupie ogłoszeniowym na rogu
usiłują jakimś narzędziem – najwyraźniej jest to śrubokręt – 

wyciąć ze słoniowej skóry cyrkowych afiszy
naklejoną na wierzchu, ręcznie pisaną kartkę.

Poza kręgiem podejrzeń gęstnieje grupka gapiów.
Mundurowi mozolą się, zakłopotani

tępą przypadkowością swojego narzędzia:
nie mieli właściwego na tę okoliczność.
 
1986

 
 

Roman Chojnacki
„Apel poległych”
(fragmenty)

NN
Gdy już nadjechały czołgi
wszyscyśmy się cofnęli
za róg Poznańskiej
kule padały jak deszcz
śpiewająco

Chciałem ich ostrzec że są tu
kobiety i dzieci
wybiegłem i wtedy wychylił się
z wieżyczki jakiś żołnierz młodziutki
najpierw chyba coś krzyczał
a potem posypało się przeze mnie

Poczułem straszliwy głod i smutek
trwają do dzisiaj a przecież minęły
setki lat świetlnych

Tyle czasu

Nie szukajcie mnie ja rozumiem
Ale moja rana ten gwiezdny szlak i horyzont
zagoiły się naprawdę
(…)
NN
Maria nigdy mnie nie rozumiała
Ciągłe awantury i te bzdurne rozmowy
Wtedy wybiegłem gdy oni już szli
Bezmyślnie poruszałem nogami klekot
drewniaków
jak werble pachniało krwią wzięło mnie

To był chyba rykoszet
Strasznie spaskudził mi tu lewą
stronę twarzy

Teraz
cóż
Przemyślałem już wszystko co miałem
co wiedziałem mało tego

Czasem wydaje mi się że już
już zaczynam rozumieć przypominać sobie
ale te niteczki którymi się trzymam
wylatują jak baloniki

Ciągle boli mnie głowa
(…)

Józef Ratajczak
„Reportaż ze śródmieścia”

Pamięci Romka S.

Przybity do ulicy
czterema kulami
śpiewałeś brukiem
o jutrze – 
nabranym już w płuca
jak oddech.

Tylko na chwilę
stanęły samochody,
domy
przyparte do mury
liczyły tępe kopniaki.
Dziś nie ma śladu
po tobie – 
tylko ten śpiew i bruk,
na którym jeszcze raz po raz
ktoś potknie się – 
i upadnie.

 


Pomnik Poznańskiego Czerwca 1956 r.

[początek strony]

(c) Maciej A. Szewczyk 2000-2012